wtorek, 15 grudnia 2009

Steven R. Smith - The Death Of Last Year's Man (2000)



Ostatnio zrobiło się tu dość subtelnie, przytulnie i cieplutko, całkiem kobieco, więc teraz - dla odmiany - proponuję coś nieco cięższego kalibru. Steven R. Smith to człowiek wybitny, a przy tym zdecydowany pracoholik - zaangażowany w parę owocnych projektów, przy okazji wydając także wiele solowych płyt - a także, o czym zapomnieć nie należy, powiązany z kolekcjami Jewelled Antler. Muzyka, którą tworzy, znajduje się raczej w szufladce eksperymentalnej, bardzo psychodelicznej i drone'owej. Może trochę zniechęcać, bo tak, nie jest to najprostsze do słuchania - ale kiedy już przebić się za mur, zaczyna się zwiedzać przepiękną krainę. Pełną muzycznych niespodzianek i mało nachalnych zachwytów.

1. I Tried to Leave You
2. Death of a Disco Dancer
3. Morning Dew
4. Regen Volt, Soka Lesz

czwartek, 26 listopada 2009

Zaza Fournier - Zaza Fournier (2009)



Chwilę zajęło mi wyszukanie tej płyty, bo niestety Zaza to jeszcze artystka mało znana - mi wpadła w ucho podczas słuchania "francuskich kolonii" na trójce, jako że ma śliczny, głęboki głos i równie śliczne kompozycje. Zaza podąża bardzo ścieżką wyznaczoną przez francuską piosenkę, ale robi to w sposób niesamowicie przyjemny - nie jest to płyta zbyt odkrywcza, ale słucha się jej bardzo dobrze. Większość piosenek, które nam tu serwuje, nie pozostaje w pamięci na długo - są to bardzo sprawnie przygotowane kompozycje, tylko bez większego polotu. Ale, i z tego powodu ten krążek tutaj zamieszczam, jest parę perełek - jak chociażby mój ulubiony kawałek "Mademoiselle". Polecam, polecam, szkoda by było, gdyby taka naprawdę urocza muzyka została zapomniana zanim jeszcze ktokolwiek mógłby o niej pamiętać.

1. La Vie À Deux
2. Mademoiselle
3. Les Mots Toc
4. Mon Homme
5. Comptine Pour Une Désespérée
6. S.O.S
7. Rêve Américain
8. Mon Slow
9. Baston
10. C'est Comme Ça
11. Baiser D'un Soir
12. Post-Scriptum

wtorek, 24 listopada 2009

- Książka - Julio Cortázar - Wielkie Wygrane (1960)



Czyli kolejna pozycja z dorobku mojego ulubionego pisarza wszechczasów, którą znalazłam w mojej bibliotece i, jak się można było tego spodziewać, połknęłam bez czkawki (swoją drogą to przerażające: nigdy w żadnym empiku nie znalazłam więcej niż jednej książki Cortazara, za to "Zmierzchu"? Dziesiątki egzemplarzy, buuuu). Jak to zwykle bywa u tego pana, fabuła jest w gruncie rzeczy tylko pretekstem do rozważań pędzących w kierunki wszelakie, często zupełnie nie łączące się, właściwie prowadzące donikąd. Ale jeśli czegoś jego książki mnie nauczyły, to może właśnie tego - że nie zawsze liczy się cel, bo czasami to właśnie droga jest najlepszym z tego, co dane jest nam przeżyć.
Nie wdeptując w moje własne filozoficzne bla-bla-bla: kto lubi przy książce pomyśleć, przeżyć uczuciowe wzloty i upadki, kto lubi pozycje, którymi się żyje - to cóż, mogę tylko polecić. Zresztą sądzę, że tym, którzy wcześniej mieli styczność z jakąkolwiek powieścią tego pana - nic polecać nie trzeba. Bo i tak sięgnęliby po to sami (takie to właśnie czary).

poniedziałek, 23 listopada 2009

- Film - Gabinet Doktora Caligari (1920)



Dla każdego szanującego się kinomaniaka - pozycja obowiązkowa. Uznawany za pierwszy horror w historii filmu, a zarazem bardzo ważna pozycja wczesnego niemieckiego ekspresjonizmu; historia Francisa, którego przyjaciel zostaje zamordowany, po uprzedniej przepowiedni lunatyka, który tę właśnie śmierć przewiduje. Jak się okazuje podczas dochodzenia, somnambulik jest tylko marionetką w rękach diabolicznego doktora Caligari - czy raczej jego następnego wcielenia...
Dlaczego warto? Z pewnością nie jest to horror, do jakich przywykliśmy obecnie, bez zbędnego rozlewu krwi, bez zombie wypadających z okna i bez nadmiernej emanacji czymkolwiek. A jednak - działa na emocje. Dużą rolę odgrywa tutaj scenografia, która jest po prostu niesamowita - a także charakteryzacja, sam widok Cesare'a potrafi nieźle wystraszyć.
Czyli, nie rozpływając się - zdecydowanie polecam. Najlepiej w samotności i przy zgaszonym świetle, bo wtedy każdy horror, nawet ten pierwszy, nabiera zupełnie innego klimatu, prawda? :)

sobota, 31 października 2009

The Knife - Deep Cuts (2003)



The Knife to szwedzki duet elektroniczny tworzony przez rodzeństwo, Karin Dreijer Andersson i Olofa Dreijera. Jak to można wyczytać we wszystkich opisach zespołu, brata i siostrę poza wspólną krwią łączy także wyraźna niechęć do mainstreamu - rzadko pojawiają się publicznie, w materiałach promocyjnych noszą maski, a do niedawna - ciekawostka - całkowicie odmawiali nawet występów na żywo. Zachowanie bardzo charakterystyczne, i podobnie charakterystyczna jest też ich muzyka - The Knife należy wrzucić do tej piaskownicy, w której znajdują się zespoły, do których twórczości raczej nie przekonuje się od razu. Ja zakochałam się dopiero za którymś przesłuchaniem - ale zakochałam się, bo i ta płytka, i wszystkie ich inne longplay'e mają tak niesamowity klimat, że w końcu docenić go trzeba.
"I could fuck your brains out but I'm not interested in that life", well, you definitely fucked mine.

1. "Heartbeats" – 3:52
2. "Girls' Night Out" – 3:38
3. "Pass This On" – 3:48
4. "One for You" – 3:48
5. "The Cop" – 0:44
6. "Listen Now" – 2:50
7. "She's Having a Baby" – 2:10
8. "You Take My Breath Away" – 4:27
9. "Rock Classics" – 4:56
10. "Is It Medicine" – 2:23
11. "You Make Me Like Charity" – 3:05
12. "Got 2 Let U" – 3:59
13. "Behind the Bushes" – 4:15
14. "Hangin' Out" – 1:04

sobota, 17 października 2009

Fox Bat Strategy - A Tribute To Dave Jaurequi (2009)



Jeden z muzycznych projektów Davida Lyncha - nagrany ku pamięci Dave'a Jaurequi, gitarzysty i wokalisty, który wraz z Lynchem tworzył np. soundtrack "Twin Peaks: Ogniu Krocz Ze Mną". Nie powinno zatem dziwić, że większość muzyków studyjnych występujących na płycie pracowała też przy powstawaniu filmu; skoro ma to być hołd dla zmarłego Dave'a, musieli złożyć go ludzie, którzy mieli z nim jakąkolwiek styczność.
Co do muzyki - absolutnie magiczna. Przywodząca na myśl lata 50te, posiadająca niesamowity klimat; mi wpadła w ucho od razu, i dlatego dziwi mnie, że płyta generalnie przeszła bez echa. Siedem utworów, ale każdy mający w sobie coś innego - łatwo je od siebie odróżnić, a jednocześnie - tylko słuchając wszystkich razem można uzyskać ten niepowtarzalny efekt, który stanowi o prawdziwej sztuce. Czyli, krótko mówiąc, krążek-mistrzostwo. ;)
Po raz kolejny przekonuję się, że Lynch to jednak geniusz.

1. They Go Down
2. Lost on Cahuenga
3. Almost an Angel
4. Shoot the Works
5. You're the One
6. Rollin' Down with You
7. I Dream of You

wtorek, 6 października 2009

Skye - Mind How You Go (2006)



Skye Edwards, czyli chyba moja ulubiona wokalistka wszechczasów - drugiego tak pięknego i ciepłego głosu nie znalazłam jeszcze u nikogo innego - po odejściu z Morcheeby, czyli chillout'owego zespołu dzięki któremu stała się znana szerszej publiczności, postanowiła postawić na siebie i wyszła naprzeciw nam z solowym albumem. Udana próba? Ano oczywiście, że udana; płytka nastrojowa, subtelna, nie narzuca się w żaden sposób, koi ucho i pozostawia po sobie ciepły oddech.
Zmęczeni? Pesymistycznie nastawieni do życia? Po prostu szukający nowej, dobrej muzyki? Zakasać rękawy i ściągać.

1. "Love Show" – 4:03
2. "Stop Complaining" – 3:37
3. "Solitary" – 4:55
4. "Calling" – 5:23
5. "What's Wrong With Me?" – 3:37
6. "No Other" – 4:04
7. "Tell Me About Your Day" – 4:00
8. "All the Promises" – 4:08
9. "Powerful" – 4:43
10. "Say Amen" – 4:31
11. "Jamaica Days" – 4:24

czwartek, 1 października 2009

The Stone Roses - The Stone Roses (1989)



Czyli jedna z moich ulubionych płyt wszechczasów - uwielbiam wokal Iana Browna, uwielbiam melodie, uwielbiam gitary ("I Am The Resurrection"!). Pana Browna solo słucham z sentymentu także, ale jednak The Stone Roses - to była klasa. Ciężko było mi się zdecydować, który z albumów wrzucić, bo "Second Coming" także darzę dużą sympatią, ale jednak zdecydowałam się na ten debiutancki - czemu? Chyba więcej w nim świeżości, czegoś nowego, słychać po prostu paru chłopców, którzy zebrali się, żeby tworzyć muzykę, jeszcze bez toksycznego posmaku komercji czy powtarzalności. Także "The Stone Roses" ma na mojej prywatnej liście jednak pierwszeństwo, ale nie martwcie się, drugą płytkę też tu jeszcze pewnie zobaczymy :)
Smacznego!

1. "I Wanna Be Adored" 4:52
2. "She Bangs the Drums" 3:42
3. "Waterfall" 4:37
4. "Don't Stop" 5:17
5. "Bye Bye Badman" 4:00
6. "Elizabeth My Dear" 0:59
7. "(Song for My) Sugar Spun Sister" 3:25
8. "Made of Stone" 4:10
9. "Shoot You Down" 4:10
10. "This Is the One" 4:58
11. "I Am the Resurrection" 8:12

środa, 30 września 2009

Rio En Medio - The Bride Of Dynamite (2007)



Rio En Medio składa się właściwie z jednej osoby, mianowicie pani Danielle Stech-Homsy, która umila sobie (i nam) czas komponowaniem muzyki wpasowującej się w odłamy folku; głównie określa się ją jako freak folk. Utwory są, nie umiem tego inaczej nazwać, leciutkie - ma się wrażenie, że za chwilę ulecą z wiatrem, i na tym chyba polega ich magia. Głos Danielle jest na tyle słodki, że mogłaby śpiewać same kołysanki, i pewnie dobrze by na tym wyszła - podkład w tle też jest na tyle mało rażący, że gdyby przy takiej kompozycji zasnąć, na pewno miałoby się piękne sny. Ale ale, to, że tak ciągle mówię o spaniu wcale nie oznacza, że Rio En Medio jest n u d n e - niedoczekanie! Słucha się bardzo przyjemnie, każda piosenka ma w sobie jakąś charakterystyczną cechę, która różni ją od innych, i - podsumowując - "Bride Of Dynamite" nie odstawia się na półkę tak szybko. Ja zakochałam się od pierwszego usłyszenia i wygląda na to, że jest to miłość prawdziwe platoniczna - może kiedyś nagram o niej płytę? <;

1. You Can Stand
2. Heaven Is High
3. Tiger's Ear
4. Everyone Is Someone's
5. Europe A Prophecy
6. Girls On The Run
7. Kill The Messenger
8. Joe Was On The Plane
9. Friday
10. I See The Star
11. The Baghdad Merchant's Son
12. Liberte

niedziela, 27 września 2009

- Film - Głowa Do Wycierania (1977)



Pierwszy pełnometrażowy obraz w dorobku znanego pewnie (chociaż, mam nadzieję, ze słyszenia) wszystkim reżysera - Davida Lyncha, a zarazem zdecydowanie najbardziej surrealistyczny, pogmatwany, i, chociaż filmy tego pana generalnie w odbiorze do łatwych nie należą - chyba najcięższy do zinterpretowania. Kluczowe pytanie brzmi zatem: czy warto się trudzić? Moim skromnym zdaniem - hell yes, że warto; jest to jeden z tych obrazów, których nie zapomina się do końca życia. Niepokojący, zmuszający do myślenia od pierwszej do ostatniej minuty, momentami obrzydliwy, ale ciągle - zbyt niesamowity, żeby oderwać wzrok od ekranu. Zapoznać się koniecznie (i byłabym wdzięczna za opinie/interpretacje, bo sama co do niektórych znaczeń jeszcze pewna nie jestem, i z chęcią zapoznałabym się z jakimiś pomysłami). Tyle.

środa, 23 września 2009

Dead Can Dance - Into The Labyrinth (1993)



Czyli teraz coś z krainy ambientu, kompozycje raczej nie do słuchania w autobusie koło ósmej, bo dla tak nastrojowej muzyki i klimat musi być odpowiedni - ja Dead Can Dance lubię słuchać wieczorami, przy zapalonej tylko małej lampce, która potęguje magiczne wrażenia, jakie ten zespół potrafi stworzyć. Nie oszukując: jest to muzyka, która nie każdemu przypadnie do gustu, ale myślę, że nie można wobec niej także pozostać obojętnym: albo nie spodoba Ci się zupełnie, albo się w niej zakochasz. A stworzyć coś tak pozostawiającego po sobie ślad (jakikolwiek, choćby negatywny) to już sztuka, prawda?

1. Yulunga (Spirit Dance)
2. Ubiquitous Mr. Lovegrove
3. Wind That Shakes the Barley
4. Carnival Is Over
5. Ariadne
6. Saldek
7. Towards the Within
8. Tell Me About the Forest (You Once Called Home)
9. Spider's Stratagem
10. Emmeleia
11. How Fortunate the Man with None

piątek, 18 września 2009

Lou Reed - Transfomer (1972)



Lou Reed może być wam znany jako założyciel The Velvet Underground, mąż Laurie Anderson, przyjaciel Johna Cale'a albo po prostu - niesamowity muzyk. "Transformer" to, moim skromnym zdaniem, jeden z najlepszych krążków w jego dorobku, raczej nieporównywalny z twórczością VU, bo po prostu - inny, pełen chwytliwych melodii, które podkreślone troszkę mamroczącym głosem Reeda - zyskują niepowtarzalny klimat. Ciężko mi nawet stwierdzić, na czym polega fenomen tego albumu, ale że fenomenalny jest - to już nie podlega dyskusji. A kawałki takie jak "Perfect Day", "Vicious" czy skoczne "Hangin' Round" na pewno pozostaną w pamięci na długo.

1. "Vicious"
2. "Andy's Chest"
3. "Perfect Day"
4. "Hangin' Round"
5. "Walk on the Wild Side"
6. "Make Up"
7. "Satellite of Love"
8. "Wagon Wheel"
9. "New York Telephone Conversation"
10. "I'm So Free"
11. "Goodnight Ladies"
12. "Hangin' Round" [Acoustic Demo]
13. "Perfect Day" [Acoustic Demo]

czwartek, 10 września 2009

Fleet Foxes - Fleet Foxes (2008)



Tę płytę traktuję z wielkim szacunkiem przede wszystkim z jednego powodu: udowodniła i mi, i wielu innym ludziom, że obecny rynek muzyczny, wbrew pozorom, ciągle na wiele jeszcze stać. Można skarżyć się na powtarzalność melodii, na wszechobecną komercję, na niski poziom dzisiejszych kompozycji - ale równie dobrze można przestać narzekać, zakasać rękawy i zabrać się do szukania czegoś wartościowego, bo naprawdę - gdy się postarać, da się i takie pozycje znaleźć. Na Fleet Foxes natknęłam się przez przypadek, właściwie tuż po wydaniu tej oto płyty, i od razu się zakochałam - chłopcy grają specyficzny, wpadający w ucho folk, który momentami jest radosny, a momentami nostalgiczny, i wywołuje całą burzę uczuć - po przesłuchaniu całości ma się wrażenie, że zjadło się wszystkie kolory tęczy. Jest parę utworów na tym krążku, których nie umiem nazwać inaczej niż piękne - idealne dla każdego, kto żywi jakiś sentyment do dźwięków bajkowych, subtelnych, a zapadających w pamięć. Smacznego!

1. "Sun It Rises" – 3:11
2. "White Winter Hymnal" – 2:27
3. "Ragged Wood" – 5:07
4. "Tiger Mountain Peasant Song" – 3:28
5. "Quiet Houses" – 3:32
6. "He Doesn't Know Why" – 3:20
7. "Heard Them Stirring" – 3:02
8. "Your Protector" – 4:09
9. "Meadowlarks" – 3:11
10. "Blue Ridge Mountains" – 4:25
11. "Oliver James" – 3:23

środa, 9 września 2009

Nick Cave And The Bad Seeds - Let Love In (1994)



Warto wiedzieć, że Nick Cave, którego znamy pewnie z przeboju "Where The Wild Roses Grow" nagranego wspólnie z Kylie Minogue (ładna piosenka, ale proszę mi wierzyć - są w jego dorobku dużo lepsze), to wcale nie taki tam pan od jednego utworu, ale prężnie działający muzyk. Proponuję "Let Love In", bo to, moim zdaniem, jedna z najlepszych płyt w dorobku zespołu - pełna emocji, świetnych dźwięków i tekstów, a także niesamowitego głosu pana Cave'a, który jest na tyle charakterystyczny, że ciężko go pomylić z jakimkolwiek innym.
Aha, i kto nie pokocha "Loverman", ten może już więcej nie odwiedzać tego bloga. W tym punkcie jestem niezwykle despotyczna.

1. Do You Love Me
2. Nobody's Baby Now
3. Loverman
4. Jangling Man
5. Red Right Hand
6. I Let Love In
7. Thirsty Dog
8. Ain't Gonna Rain Anymore
9. Lay Me Love
10. Do You Love Me (Part 2)

- Film - Arizona Dream (1993)



Niesamowity film z niesamowitą muzyką w tle, opowiadający trochę o dojrzewaniu do decyzji, trochę o miłości a trochę o tragedii, jakiej nie da się przewidzieć przez uczucia, które przesłaniają cały świat. Z charakterystycznym dla Kusturicy ("Życie Jest Cudem", "Czarny Kot, Biały Kot") humorem, wspaniałymi rolami Johnny'ego Deppa, Faye Dunaway i magicznej Lili Taylor, której kreacja mnie absolutnie urzekła, i raczej nie ucieknie mi z pamięci.
Ciężko właściwie jednoznacznie stwierdzić, o czym jest film, a o czym nie jest na pewno, albo na czym polega jego magia - myślę, że to jeden z tych obrazów, które każdy odbiera na swój sposób, ale zdziwiłabym się naprawdę, gdyby komuś udało się w nim nie zakochać. Dla takiego kina żyje człowiek! ;)

wtorek, 8 września 2009

Herbie Hancock - Head Hunters (1973)


Mamy tu jeszcze jakichś fanów dobrego jazzu? Jeśli tak - to pewnie nie muszę przedstawiać Herbiego Hancocka, właściwie twórcę całego nurtu fusion, którego to oto dzieło - bo dzieło jest to z pewnością - wywarło na mnie ostatnio ogromne wrażenie. Tylko cztery utwory, ale za to jakie!; Chameleon trwa prawie szesnaście minut, a pod koniec - ciągle nie ma się go dość. Ciężko tej muzyki słuchać, bo ją się wręcz spija - nie wiem, jak można się nie zakochać w Head Hunters. I wobec tego - proszę bardzo!

1. Chameleon - 15:44
2. Sly - 10:20
3. Vein Melter - 9:09
4. Watermelon Man - 6:32

El Guincho - Alegranza (2008)


To tak: na początek zarzucimy wędkę na wody eksperymentalnej, ale niesamowicie przyjemnej dla ucha elektroniki, którą tworzy Hiszpan, Pablo Diaz-Reixa, jak to mi powiedziała wikipedia. Mimo tego, że hiszpańskiego uczyłam się trochę, to niestety nie mogę powiedzieć, żebym wiele z tekstów piosenek zrozumiała, wobec czego przyznaję, że moja miłość do Alegranzy polega tylko i wyłącznie na odczuciach słuchowych - jak kiedyś przetłumaczę (albo znajdę jakieś tłumaczenie) to zepnę poślady i spróbuję je tu wrzucić.
Jak na razie - polecam gorąco, cała płytka niesamowicie radosna, sympatyczna i właśnie.. hiszpańska; jeśli komuś, tak jak mi teraz (wrzesień, niestety) zachciałoby się wrócić do lata i ciepłych klimatów - to tylko klikać na rapidszera i słuuuuuchać.

1. Palmitos Park - 2:28
2. Antillas Anone - 5:29
3. Fata Morgana - 3:34
4. Kalise - 5:08
5. Cuando Maravilla Fui - 3:34
6. Buenos Matrimonios Ahí Fuera - 6:46
7. Costa Paraíso - 5:44
8. Prez Lagarto - 3:47
9. Polca Mazurca - 3:37

Standardowe bla, bla, bla

Muzyka, filmy, literatura - to, z czym, według mnie, warto się zapoznać, przy czym popłakać, a przy czym pośmiać się troszkę; taka moja mała misja dla świata, bo z doświadczenia wiem, że dobrych rzeczy ciężko się doszukać, i chciałabym je wszystkie skonwertować w jednym miejscu. Wszystko to bardzo subiektywne, ale jak może być inaczej - jeśli coś się podoba, liczę na opinię, jeśli nie - również, jeśli czegoś szukasz - spytaj, bo może będę mogła się podzielić (a może nie będzie mi się chciało). Wszystkie linki wklejane na stronę są znalezione, ja nie uploaduję niczego (bo nie umiem). Gretki!