czwartek, 26 listopada 2009

Zaza Fournier - Zaza Fournier (2009)



Chwilę zajęło mi wyszukanie tej płyty, bo niestety Zaza to jeszcze artystka mało znana - mi wpadła w ucho podczas słuchania "francuskich kolonii" na trójce, jako że ma śliczny, głęboki głos i równie śliczne kompozycje. Zaza podąża bardzo ścieżką wyznaczoną przez francuską piosenkę, ale robi to w sposób niesamowicie przyjemny - nie jest to płyta zbyt odkrywcza, ale słucha się jej bardzo dobrze. Większość piosenek, które nam tu serwuje, nie pozostaje w pamięci na długo - są to bardzo sprawnie przygotowane kompozycje, tylko bez większego polotu. Ale, i z tego powodu ten krążek tutaj zamieszczam, jest parę perełek - jak chociażby mój ulubiony kawałek "Mademoiselle". Polecam, polecam, szkoda by było, gdyby taka naprawdę urocza muzyka została zapomniana zanim jeszcze ktokolwiek mógłby o niej pamiętać.

1. La Vie À Deux
2. Mademoiselle
3. Les Mots Toc
4. Mon Homme
5. Comptine Pour Une Désespérée
6. S.O.S
7. Rêve Américain
8. Mon Slow
9. Baston
10. C'est Comme Ça
11. Baiser D'un Soir
12. Post-Scriptum

wtorek, 24 listopada 2009

- Książka - Julio Cortázar - Wielkie Wygrane (1960)



Czyli kolejna pozycja z dorobku mojego ulubionego pisarza wszechczasów, którą znalazłam w mojej bibliotece i, jak się można było tego spodziewać, połknęłam bez czkawki (swoją drogą to przerażające: nigdy w żadnym empiku nie znalazłam więcej niż jednej książki Cortazara, za to "Zmierzchu"? Dziesiątki egzemplarzy, buuuu). Jak to zwykle bywa u tego pana, fabuła jest w gruncie rzeczy tylko pretekstem do rozważań pędzących w kierunki wszelakie, często zupełnie nie łączące się, właściwie prowadzące donikąd. Ale jeśli czegoś jego książki mnie nauczyły, to może właśnie tego - że nie zawsze liczy się cel, bo czasami to właśnie droga jest najlepszym z tego, co dane jest nam przeżyć.
Nie wdeptując w moje własne filozoficzne bla-bla-bla: kto lubi przy książce pomyśleć, przeżyć uczuciowe wzloty i upadki, kto lubi pozycje, którymi się żyje - to cóż, mogę tylko polecić. Zresztą sądzę, że tym, którzy wcześniej mieli styczność z jakąkolwiek powieścią tego pana - nic polecać nie trzeba. Bo i tak sięgnęliby po to sami (takie to właśnie czary).

poniedziałek, 23 listopada 2009

- Film - Gabinet Doktora Caligari (1920)



Dla każdego szanującego się kinomaniaka - pozycja obowiązkowa. Uznawany za pierwszy horror w historii filmu, a zarazem bardzo ważna pozycja wczesnego niemieckiego ekspresjonizmu; historia Francisa, którego przyjaciel zostaje zamordowany, po uprzedniej przepowiedni lunatyka, który tę właśnie śmierć przewiduje. Jak się okazuje podczas dochodzenia, somnambulik jest tylko marionetką w rękach diabolicznego doktora Caligari - czy raczej jego następnego wcielenia...
Dlaczego warto? Z pewnością nie jest to horror, do jakich przywykliśmy obecnie, bez zbędnego rozlewu krwi, bez zombie wypadających z okna i bez nadmiernej emanacji czymkolwiek. A jednak - działa na emocje. Dużą rolę odgrywa tutaj scenografia, która jest po prostu niesamowita - a także charakteryzacja, sam widok Cesare'a potrafi nieźle wystraszyć.
Czyli, nie rozpływając się - zdecydowanie polecam. Najlepiej w samotności i przy zgaszonym świetle, bo wtedy każdy horror, nawet ten pierwszy, nabiera zupełnie innego klimatu, prawda? :)