
Czyli kolejna pozycja z dorobku mojego ulubionego pisarza wszechczasów, którą znalazłam w mojej bibliotece i, jak się można było tego spodziewać, połknęłam bez czkawki (swoją drogą to przerażające: nigdy w żadnym empiku nie znalazłam więcej niż jednej książki Cortazara, za to "Zmierzchu"? Dziesiątki egzemplarzy, buuuu). Jak to zwykle bywa u tego pana, fabuła jest w gruncie rzeczy tylko pretekstem do rozważań pędzących w kierunki wszelakie, często zupełnie nie łączące się, właściwie prowadzące donikąd. Ale jeśli czegoś jego książki mnie nauczyły, to może właśnie tego - że nie zawsze liczy się cel, bo czasami to właśnie droga jest najlepszym z tego, co dane jest nam przeżyć.
Nie wdeptując w moje własne filozoficzne bla-bla-bla: kto lubi przy książce pomyśleć, przeżyć uczuciowe wzloty i upadki, kto lubi pozycje, którymi się żyje - to cóż, mogę tylko polecić. Zresztą sądzę, że tym, którzy wcześniej mieli styczność z jakąkolwiek powieścią tego pana - nic polecać nie trzeba. Bo i tak sięgnęliby po to sami (takie to właśnie czary).
kocham Cortazara i kocham Gabinet.
OdpowiedzUsuńwięc Twoje dwa ostatnie posty trafiły idealnie.