
Każdy kto słyszał kiedykolwiek o Jimie Jarmuschu - a podejrzewam, że jednak słyszała większość - wcale NIE musiał słyszeć o "Stranger Than Paradise", co uważam za wielki niefart. Jest to drugi film w dorobku Jarmuscha i, moim skromnym zdaniem - jeden z najlepszych. Pełen specyficznego humoru, postaci, które niby nic nie robią, tylko chodzą z miejsca na miejsce, palą papierosy i prowadzą ze sobą bezsensowne dialogi - czyli to, co u Jima stało się cechą rozpoznawczą. Krótki zarys fabuły? Do Williego, urodzonego na Węgrzech ale mieszkającego od pewnego czasu w Ameryce przyjeżdża kuzynka, Eva, która zostaje u niego na dziesięć dni a potem zatrzymuje się u ciotki w Cleveland. Rok później Willie i jego przyjaciel Eddie z kupką pieniędzy jadą po Evę żeby zabrać ją na wakacje do raju - na Florydę. Jak mówi sam tytuł - nie do końca raj to jednak będzie.
Najbardziej - a tak - podoba mi się zakończenie. Tekst: "I co ty będziesz robił w Budapeszcie?" wgryzł mi się w umysł mocno i raczej już się nie odczepi, absolutnie mistrzowskie - na tle poprzedzających zakończenie wydarzeń - podsumowanie filmu.
To tyle, pędzić do oglądania.
weź łosiu dodawaj częściej mjuzyk ;> bo filmów z moim extra podkarpackim transferem to ja i za rok nie ściągnę :C
OdpowiedzUsuńoj tam nie słyszeli.
OdpowiedzUsuń1. down by law
2. stranger than paradise
itd.
to przeładnie, że słyszeli!
OdpowiedzUsuń(ale i tak najlepsze jest permanent vacation) (no dobra, może nie najlepsze, ale jakoś tak TRAFIA DO MNIE W SEDNO :3)
same here. pv jest esencją. pzdr.
OdpowiedzUsuń